sobota, 27 grudnia 2014

VIII. Bez mojej zgody (Część IV)

Powróciłam! Wybaczcie, że tak długo nic nie pojawiało się na blogu, ale przez kolokwium (o którym zapomniałam xD) i przygotowania do świąt kompletnie nie miałam czasu, mam nadzieje, że mi wybaczycie :*
A teraz zapraszam Was na nowy rozdział! Życzę Wam miłego czytania i czekam na komentarze :*
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~








- Więc Lee Taeminie słyszałem, że niezbyt jesteś zadowolony z zaistniałej sytuacji?
- A pan jest? Nie lubię, gdy tak ważne decyzje podejmowane są za moimi plecami. – Siedział wyprostowany jak struna. Przez to co nagadała mu Yura nie mógł się zrelaksować w jego towarzystwie, wciąż myślał o tym, żeby nie popełnić jakiegoś błędu.
- Co prawda to prawda, ale obawiam się, że nie mamy wyboru. – Choi Minho uśmiechnął się pod nosem, musiał przyznać że taki obrót spraw nawet mu się podobał.
- Proszę mi wybaczyć, ale wybór zawsze jest. Nie wiem jak pan, ale ja sam decyduje o moim życiu i nie mam zamiaru pozwolić by je zniszczono.
- Lee Taeminie, dałbyś spokój z tym panem mów mi po imieniu. A co do tego zniszczenia ci życia… uważam, że może być zupełnie odwrotnie. – Uśmiechnął się złowieszczo, po czym napił się kawy.
Taeminowi odebrało mowę. Ten facet… on zwyczajnie w świecie go zarywał. Nie mógł w to uwierzyć! Po tym tekście miał ochotę wyjść… albo rąbnąć go w twarz, a dopiero potem wyjść.
Niestety było coś jeszcze. Jego postawa, to jak mówił, to co mówił sprawiało, że czuł się nim zaintrygowany, nie mógł się pozbyć uczucia, że chciałby go poznać bliżej, sprawdzić jaki jest naprawdę, bo jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że pod maską pozera skrywa się zupełnie inna osoba.
- Z całym szacunkiem panie Choi, wolałbym nie zwracać się do pana po imieniu, nie jesteśmy ze sobą na tyle blisko, a po za tym jest pan dużo straszy ode mnie.
- Jakiś ty formalny. Ale niestety muszę cię wyprowadzić z błędu, jestem od ciebie starszy tylko ponad rok.
- Naprawdę? Wyglądasz na dużo starszego. – Wypalił bez zastanowienia.
Minho przez chwilę patrzył na niego zaskoczony, po czym wybuchnął głośnym śmiechem, tak że kilka osób w restauracji spojrzało na nich. Ten chłopak zaskakiwał go z chwili na chwilę. Nie dość, że opierał mu się i nie dawał się nabrać na jego podstawowe chwyty to jeszcze potrafił wprawić go w zakłopotanie. Musiał przyznać, że trafił mu się ewenement.
- Przykro mi, że cię rozczarowałem.
- A czy ja wyglądam na rozczarowanego? Bardziej jestem zaskoczony. Spodziewałem się starego pryka po czterdziestce, a tu zjawia się ktoś taki jak pan.
- Mówili ci kiedyś, że jesteś nazbyt szczery?
- Tak i traktuje to jako komplement. – Czuł się dużo pewniej, od momentu w którym udało mu się zawstydzić Choi.
Starszy patrzył na niego uważnie próbując go rozgryźć. Po raz pierwszy spotkał taką osobę jak on. Nie mógł przewidzieć jego reakcji, zaskakiwał go każdym słowem, ruchem, nawet jego spojrzenia były inne niżby się tego spodziewał. Zwykle ludzie patrzą na niego z podziwem, pragną go, co widać w oczach, a Taemin wyrażał tylko czyste zainteresowanie, nieufność i miał wrażenie, że z jednej strony chciałby uciąć tę farsę jak najszybciej to coś go tu trzyma…
Choi Minho w przeciągu minuty zadecydował… musiał uczynić tego mężczyznę swoim, chciał żeby myślał tylko o nim, by był tylko jego.
- Mogę cię o coś zapytać? – Zaczął niepewnie.
- Oczywiście.
- Powiedz tylko szczerze. Jak widzisz jestem dobrą partią. Jestem bogaty, dość przystojny, w dodatku nasze firmy odniosą zysk na naszym związku… więc nie do końca rozumiem czemu nie chcesz się na niego zgodzić?
Zatkało go, zwyczajnie w świecie go zatkało. Ten facet pomimo tego, że był przystojny to był niewyobrażanie bezczelny i miał zbyt duże mniemanie o własnej osobie.
- Jeśli mam być szczery to głównie nie chcę się zgodzić na tę umowę ze względów które wymieniłeś, po za tym jedyną osobą, która będzie decydowała o moim losie jestem ja sam. – Wstał od stołu i wziął płaszcz do ręki. – A jest jeszcze jedna rzecz.
Nachylił się tak by móc wyszeptać mu to do ucha.
- Minho hyung to dlatego, że jesteś dupkiem. – Wyprostował się by podziwiać zaskoczenie na jego twarzy. – Miło było cię poznać. Do widzenia.
Wziął głęboki oddech i ruszył dziarskim krokiem do wyjścia. Był z siebie dumny… no prawie, trochę go poniosło pod koniec, ale przynajmniej mu nie przyłożył, a to był duży sukces.
Wyszedł na powietrze i uśmiechnął się do siebie. Mama zdecydowanie go zabije, ale to się nie liczyło, był dumny z siebie…
- Zaczekaj! – Minho stał za nim w drzwiach restauracji.
- Zapomniałeś czegoś? – Odpowiedział spokojnie.
- Tak tego.
Nim Taemin zdążył zamrugać Minho nachylił się i pocałował go. Po mimo oporów ze strony Lee przyciągnął go mocno do siebie i delikatnie pieścił jego usta. Chciał, żeby zapamiętał ten pocałunek, żeby nie dawał mu spokoju, żeby przez kolejne dni myślał tylko o nim. Z chwili na chwilę opór z jego strony był coraz słabszy, czuł że zaczyna mu nieśmiało odpowiadać… nagle poczuł że ktoś szarpie go za ramie, a następnie pięść tego ktosia ląduje na jego policzku.
- Łapy przy sobie. – Jonghyun drżał delikatnie ze złości. Podszedł do Taemina, który trzymał dłoń na swoich ustach i niezbyt pewnie patrzył na obu, otoczył go ramieniem i poprowadził w stronę swojego samochodu.
- Do zobaczenia Lee Taeminie! – Krzyknął za nimi.
Nie wiedzieć czemu Choi Minho czuł się podekscytowany. Więc jego księżniczka miała swojego smoka, który bronił jej wierzy… dzięki temu zdobycie go wydawało mu się jeszcze ciekawsze…



Jechali szybko ulicami Seulu.
Jonghyun nie pamiętał kiedy ostatnio był tak wściekły. Gdy zobaczył jak tamten facet go całuje nie wytrzymał, wybiegł z kawiarni kompletnie nie myśląc nad tym co robi, nie mógł się powstrzymać, krew się w nim gotowała, nie panował nad sobą, nim się spostrzegł uderzył go, a potem zaciągnął go ze sobą.
Od kiedy wsiedli do auta nie odezwał się do Taemina ani słowem, bał się że może powiedzieć coś nieodpowiedniego, że zrazi go tym do siebie, że przez to co zrobił, przez to co mógłby powiedzieć, on opuści go dla tego fagasa… tej myśli nie mógł znieść.
Zatrzymał się pod swoim blokiem i nie oglądając się na Taemina wysiadł z samochodu i udał się do swojego mieszkania.
Lee siedział całą drogę podobnie jak Jonghyun milcząc. Wiedział, że rozmowa z nim, gdy jest w takim stanie nie miała najmniejszego sensu… choć musiał przyznać, że poczuł się mile połechtany tym jego nagłym pojawieniem się. W końcu wiedział, że zależy mu na nim, a nawet że jest o niego zazdrosny… wiedział, że nie powinien się tak czuć, ale był z tego powodu szczęśliwy.
W końcu ruszył jego śladem, a gdy dotarł do drzwi jego mieszkania zobaczył, że drzwi są otwarte. Uśmiechnął się pod nosem, to oznaczało, że nie był na niego zły.
Wśliznął się po cichu do środka. Nie wiedział czy Jonghyun już się uspokoił, wolał z nim teraz nie zadzierać. Wszedł do salonu i zobaczył, że siedzi na kanapie z twarzą ukrytą w dłoniach. Podszedł do niego i ukucnął przy nim.
- Jonghyun…
- Przepraszam, poniosło mnie.
- To nic. Tylko…
- Tylko?
- Co ty tam robiłeś? – Przygryzł wargę. Domyślał się prawdy, ale chciał to usłyszeć z jego ust.
- Jestem beznadziejny. Nie mogłem usiedzieć na miejscu, gdy dowiedziałem się, że jedziesz się z nim spotkać…
- Czekaj! Kto ci powiedział?
- Yura noona. – Spojrzał w bok zawstydzony. – Zadzwoniłem do biura, bo nie odbierałeś telefonu, a chciałem się umówić z tobą na obiad i mi powiedziała, gdzie pojechałeś… nie powinienem tam jechać. Przeze mnie będziesz miał kłopoty.
- A czemu tak pojechałeś? – Taemin chwycił jego dłonie. Patrzył na nie, bo był zbyt zawstydzony by spojrzeć mu w twarz.
- Ja… co chcesz usłyszeć?! Jestem o ciebie zazdrosny! Wkurza mnie fakt, że masz być z tym gościem!
- Nie, ja nie mam z nim być. Jestem z tobą. – W końcu spojrzał mu w oczy. – To moi rodzice chcą bym z nim był.
- Twoi rodzice…
Jonghyun poczuł jakby bryła lodu opadła mu do żołądka. Przypomniał sobie słowa matki Taemina. Dobrze wiedział, że miała rację, że oboje chcą jego szczęścia, ale nie mógł znieść myśli, że to szczęście mógłby mu dać ktokolwiek inny niż on…
- Co z nimi?
- Nic. – Skłamał uśmiechając się by to zakamuflować. – Nie jesteś na mnie zły?
- A dlaczego? Bo w końcu zachowałeś się jak na faceta przystało? Nie, nie jestem zły. Owszem byłem, wczoraj po tym co mi powiedziałeś.
- A to…
- Tak! Czemu w ogóle to powiedziałeś skoro nie chciałeś, żebym się z nim widywał?
- Myślałem, że tak będzie dla ciebie lepiej.
Taemin wstał na równe nogi i spojrzał na niego gniewnie.
- Może najpierw zapytałbyś mnie co jest dla mnie najlepsze? Chyba sam o tym wiem najlepiej!
- Masz rację. Następnym razem zapytam.
- Następnym razem? – Taemin uniósł brwi w geście zdziwienia.
Kim zaśmiał się głośno, po czym wstał i podszedł do niego.
- Czy mi się zdawało czy tych ust dotykał jakiś dupek? – Przejechał palcem po jego dolnej wardze.
- Tak mi się wydaje. – Odparł niewinnie. – I co masz zamiar zrobić z tym fantem?
- Najpierw będę je musiał zdezynfekować.
Uśmiechnęli się do siebie, po czym Jonghyun najczulej jak umiał pocałował go. Chciał by zapomniał o tym fatalnym pocałunku, który mu zafundował tamten… wolał o tym nie myśleć. Teraz liczył się tylko Taemin.



Czuł się zmęczony. Miał koszmarny dzień w pracy, wszystko waliło się i paliło, gdy ledwie udało mu się zakończyć jedną sprawę, zaraz znajdował się kolejny nagły przypadek do załatwienia… marzył teraz tylko o tym by wziąć długą kąpiel, a potem położyć się spać.
Lee Taemin wszedł do domu i od progu zauważył coś dziwnego. Przy drzwiach stały buty Jonghyuna. Przecież to było niemożliwe… on nie mógł tu być.
Ledwo wszedł do przedpokoju usłyszał podniesione głosy dobiegające z salonu. Jeden z pewnością był jego mamy… nie pamiętał, żeby kiedykolwiek jego mama krzyczała. To było nieprawdopodobne. Wsłuchał się uważnie by rozpoznać drugi głos.
Zamarł… to nie mogła być prawda…
Pobiegł co sił w kierunku salonu, ale zatrzymał się tuż przy wejściu.
- Nie rozumie pani?! Nie mam zamiaru skrzywdzić Taemina!
- Więc zostaw go w spokoju! Tak będzie dla niego najlepiej.
- Nie pani decyduje co dla niego jest najlepsze! Skąd w ogóle pani może to wiedzieć, rozmawiała pani z nim o tym czego pragnie?
- Nie muszę, jestem jego matką! Dobrze ci radzę Kim Jonghyun, zostaw Taemina, albo…
- Albo co? Nie rozumie pani, że jest dla mnie bardzo ważny?!
- Znajdziesz inny obiekt westchnień. – Odpowiedziała oschle.
- Nie wierzę! Czy panią w ogóle obchodzi szczęście własnego syna?
- Tak i dlatego to robię. Rozumiem, że po dobroci się z tobą nie da. – Pani Lee wstała powoli. – Ile chcesz za zerwanie z moim synem?
- Co tu się dzieje? – Taemin wszedł do salonu. Nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- Taemin! – Wykrzyknęli oboje.
- Co tu się do cholery dzieje?! – Krzyknął. – I skąd wy się znacie? Z resztą nie ważne. Nie chce tego słuchać.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł.